Mazowiecki Gravel Relacja 7"Nie jedziesz!" Serce masz słabe, ważysz tonę, na rowerze nie jeździsz! Nie jedziesz i koniec! Nawet nie próbuj mnie przekonać". Być może ktoś z Was także usłyszał taką tyradę Waszej piękniejszej połówki po tym jak z pewną dozą nieśmiałości oznajmiliście, że za tydzień weekend spędzicie z dala od domu, rodziny, dzieci, za to w towarzystwie świerszczy, zbieraczy truskawek i zgrzytu szutru pod kołami.

Michał Śmieszek

Taaaaak, łezka się w oku kręci, a noga jeszcze bezwiednie naciska na utajony pedał. Za chwilę będą już dwa miechy jak, zakończyła się historyczna, bo pierwsza, edycja ultramaratonu Mazowiecki Gravel. 528km po mazowieckich ścieżkach, szutrach i asfaltach. Brzmi pięknie, brzmi łatwo, ale to tylko pozory. Najpierw trochę lania wody, której akurat na tym maratonie nie brakowało.

To moje drugie podejście do tematu ultramaratonów. Pierwszym był Pierścień Tysiąca Jezior, który pokazał mi, gdzie moje miejsce oraz był dobitnym przykładem, że ultra przejeżdża się w 90% głową a nie nogami :). Dlatego przystępując do realizacji misji "Mazowiecki Gravel" postanowiłem podejść z głową, na względnym luzie. W planach miała być niesamowita przygoda z elementami bikepackingowymi i bushcraftowymi, a nie ściganie się z własny cieniem. W tym postanowieniu wspierał mnie redakcyjny kolega Artur, który na swoim koncie ma już przejechaną Pomorską 500-tkę i generalnie bogatsze doświadczenie w spaniu pod gwiazdami.

Dwa tygodnie przed "Day 0" stworzyłem listę niezbędnych "przy-da-si", których zadaniem było stworzenie klimatu rowerowego survivalu z elementami współzawodnictwa, czyli zupełnie na odwrót niż to robi większość uczestników. Drogą kupna nabyłem:

  • mikrokuchenkę gazową z całkiem nie mikro - pół kilowym kartuszem.....ciiiii....makro-heheszki zostawcie sobie na później, bo jeszcze Wam żyłka pęknie :)
  • zestaw mikro-master-chef, czyli garnek, rondelek, kubeczek, łyżeczka, widelczyk, gąbeczka - jak się okazało w trakcie, to nie był wcale taki głupi zakup.
  • apteczkę samochodową, która miała uratować świat dzięki ilości bandaży i plasterków na skaleczenia.

Spać też gdzieś trzeba podczas ultramaratonu. Postanowiłem spełnić chłopięce marzenia i dwie noce spędzić w hamaku w towarzystwie komarów, dzika, łosia, mrówek czerwonych, dzięcioła, kosa oraz innego ptactwa. Ale wybór odpowiedniego wyrka to nie je bajka, gdy jego użytkownik waży 130kg. Owszem, można kupić tanie, chińskie guano udające sprzęt wyprawowy, ale ja potrzebowałem czegoś, co wystarczy nie tylko na Mazowiecki Gravel, ale też na nadchodzący Wschód 1400!

Mazowiecki Gravel Tigerwood Relacja

Po naprawdę długich poszukiwaniach znalazłem sprzęt, który spełnia wszystkie założenia oraz przekracza normy :). Uwaga, teraz będzie kryptoreklama, bowiem wybór padł na polską markę Tigerwood, która w katalogu ma coś specjalnego - hamak "Niedźwiedź". Nazwa nie jest przypadkowa, bo hamak ma nośność aż 400kg. Artur poszedł za moją namową i stał się posiadaczem "Ważki", która doskonale odpowiada warunkom fizycznym kolegi i może być idealnym towarzyszem dla ultramaratończyka walczącego o wynik, ale nastawionego mimo wszystko na ultramaratońskie spanie. Do kompletu otrzymaliśmy zadaszenie, czyli popularny "tarp".

Mazowiecki Gravel Tigerwood Relacja 1

Wszystko to takie piękne, romantyczno-epickie wręcz.... do chwili, gdy  zacznie się pakowanie całego szpeju do bikepackingowych toreb. Tu szybko okazało się, że Dry Bag 5l nie ma 10 litrów i potrzebne będą dwa. Po konsultacjach zrezygnowałem między innymi z dmuchanej karimaty, która miała izolować mnie w hamaku od wilgoci, na rzecz folii NRC. Koledzy namawiali mnie gorąco na pozostawienie zestawu "master-chef" w domu, ale ostatecznie stwierdziłem, że chciałbym napić się "kawy o brzasku" lub ugotować "Kutaka na otro", gdzieś w dzikiej mazowieckiej puszczy.

Ostatecznie rower przybrał zadowalającą formę przedstartową, czego nie można powiedzieć o jego właścicielu. Zaczęła się przedstartowa gorączka…

KONIEC LANIA WODY - START

W piątkowy poranek tuż po ósmej rano stawiliśmy się na kempingu nad Pilicą, który był punktem zbornym dla większości startujących. Błyskawicznie złożyliśmy rumaki i chwilę później już staliśmy na kresce, na wareckim rynku. Niezwykła to okazja spotkać w jednym miejscu tak zacną ekipę redakcji Team29er.pl. Wiedział o tym doskonale Burmistrz Warki, który przybił z nami piątki i zrobił pamiątkowe zdjęcie. Minutę później spiker skończył odliczanie i w ten o to sposób rozpoczęliśmy naszą epicką przygodę w pierwszej edycji Mazowiecki Gravel.

Organizatorzy stopniowo zwiększali napięcie. Początek trasy to malownicze szutry i asfalty przecinające sadownicze zagłębie Mazowsza. Ale nawet już tutaj szybko doświadczyliśmy tego, co później stało się kwintesencją tej edycji – wszechobecnego piachu…piachu, który skutecznie zatrzymywał gravelowe koła. (nie dotyczy zawodników z czuba, którzy mają specjalne rowery, piachoodporne).

Mazowiecki Gravel Relacja 12

Szutry między sadami szybko przeistoczyły się w asfaltowe drogi biegnące przez malowniczy region południowego Mazowsza. Wyraźnie obciążony rower oraz gorsze wytrenowanie sprawiły, że z moimi towarzyszami pożegnałem się dość szybko nie chcąc być dla nich kotwicą. Oni by się męczyli zbyt wolną jazdą a ja tym, że oni się męczą. I tak ruszyłem solo.

Dla mnie bardzo przyjemnym momentem był przejazd przez Puszczę Mariańską oraz Bolimowski Park Krajobrazowy. To od niedawna moje „rodzinne” strony, zwłaszcza BPK, który jest wręcz idealnym miejscem na uprawianie „szutrowego kolarstwa przygodowego”. W ostatnich latach wiele dróg pożarowych zamieniono w szutrowe autostrady i szlaki rowerowe, które ciągną się kilometrami przez las. Aleee cicho szaa….nudnoo jest – nie przyjeżdżajcie. 😊😊

gravelers kolarze z logo 1024x599

Za Bolimowem wyszło słońce, które bardzo szybko zaczęło przypiekać kolarzy. „Królestwo za sklep” – to jedna z kilku myśli, które pewnie wiele osób dręczyły tego dnia. Wbrew pozorom sklepów wcale nie było tak dużo, a regularne uzupełnianie płynów to w takich warunkach jeden z kluczowych elementów sukcesu pt. „Dojadę”. Zatem, na 106 km miał miejsce konkretny popas w cieniu drzew okalających lokalny cmentarz…nomen omen.

Potem pamiętam dłuuuugą prostą, przedzieranie się przez Wisłę i to chyba był już Czerwińsk, który przywitał kolarzy fantastycznym pit-stopem na rynku. Micha pełna truskawek…o tak…mus truskawkowy….o tak…woda gazowana, kawa, herbata….no po prostu miodzio. Choć przez krótką (albo nieco dłuższą) chwilę można było zapomnieć o upale i czekającej kilkunastokilometrowej piaskownicy, o której ostrzegł mnie Artur. Trudno było uwierzyć w jego przestrogę, gdy człowiek wcześniej połykał idealne szutrówki. Niestety Artur miał rację – faktycznie niedaleko za Czerwińskim, zirka około 170km szuter na polnych drogach ustąpił miejsca wszech obecnemu piachowi. Piaseczek jest beee….nie lubimy piaseczku….kurła, nie lubimy bardzo, zwłaszcza, gdy trzeba przepychać objuczony rower. Dopełnieniem mej rozpaczy był ulewny deszcz, który wylał się z gigantycznej, czarnej chmury przykrywającej truskawkowe pola.

Piaskowy trakt zmienił się w błotną rozkosz. Ludzie stawali pod drzewami chcąc schować się przed zacinającym deszczem. Ja stwierdziłem, że…ciul, jadę dalej. I tak jestem mokry, a być może uniknę przepychania roweru przez mega-błoto. Zdaje się, że była to dobra decyzja. Powietrze po ulewie zrobiło się rześkie, temperatura wyraźnie spadła.

Mazowiecki Gravel Relacja

Jedziemy dalej, robi się już stosunkowo późno, słońce chyli się ku zachodowi, a do Ciechanowa niby nie wiele, ale to nadal 30 parę kilometrów – w nogach jest już ponad 200. Uwagę moją oraz koleżanki, z którą mam przyjemność dzielić ten odcinek MG, przykuwa gęstniejące „mleko” rozlewające się po łąkach. Chwilami w zagłębieniach terenu, gdzie różnica temperatur jest największa, mgła jest tak gęsta, iż widoczność spada do parudziesięciu metrów.

Około 21-tej, dzwonię z lasu do Artura, który jest już w Ciechanowie na dłuższym popasie, ale zamierza jednak jechać dalej. Kolejny piaszczysty odcinek skutecznie wypompowuje ze mnie ochotę do dalszej jazdy – zapada decyzja o rozbiciu hamaka – zupełnie na dziko, choć de facto tuż przy szlaku Mazowieckiego Gravela.

Nocowanie na dziko, czy to w hamaku, czy na przystanku autobusowym, lub w namiocie to niewątpliwie „atrakcja” większości ultramaratonów, w szczególności tych „szutrowych”. Nie będę ukrywał, że byłem mocno podekscytowany opcją nocowania pod chmurką, w hamaku. Bliskość natury, gwiazdy nad głową, odgłosy lasu – aura tajemniczości i przygody – czyli taka esencja kolarstwa romantyczno-przygodowego.

Rozwieszenie mojego „Niedźwiadka” od Tigerwood zajęło jednak dłuższą chwilę, ponieważ musiałem zapoznać się z instrukcją mocowania tzw. „zawiesi”. Proszę nie śmiać się, ale żółtodzioby tak mają 😊. Dobrze, że jest YouTube, ale jeszcze lepiej, że jest papierowa instrukcja. To dzięki niej, oraz mojej desperacji, czarny niedźwiedź rozłożył się jak basza między drzewami zapraszając do huśtania. Chwila niepewności, coś tam trzasnęło, zajęczało, ale za moment przyjemnie kołysałem się zawinięty w folię nrc, której zadaniem była izolowanie od wilgoci.

Kolejną przyjemnością tego wieczoru była ciepła strawa i kawa przygotowane na mikro-kuchence gazowej. Przy takim zmęczeniu, gorące puree z boczkiem instant + rozpuszczalna kawusia jawiły się niczym homar w ekskluzywnej restauracji popijany wykwintnym winem 😉.

Zębów nie myłem, toteż po kolacji błyskawicznie wskoczyłem do śpiwora. Ukryty w mojej „gawrze”, obserwowałem światła lamp rowerowych przecinające noc, tuż obok mnie. Pomimo zachęty mijający kolarze nie zdecydowali się na nocleg w moim towarzystwie – celem wszystkich był Ciechanów i funkcjonujący tu punkt kontrolny z pit-stopem.

Z wyjątkowo krótkiego snu, parę minut po 3 nad ranem zbudził mnie ryk dzikiego zwierza i chrzest łamanych gałęzi. Co parę chwil ryk powtarzał się, raz bliżej raz dalej. Mój czarny obozowy Niedźwiedź nie uchroni mnie przed zapędem tego potwora, ale co tam – będę gada oślepiał stroboskopem latarki – skóry tanio nie oddam. Jednak po paru minutach doszedłem do wniosku, że „czas ruszać w drogę, Tuptusiu”. Szybka kawa, kawałek bułki z bananem i jadziem. Do Ciechanowa rzut beretem…pewnie tak, gdyby nie kolejne piaskownice, które malowniczo opisać można by jednym niecenzuralnym słowem.

Mazowiecki Gravel Relacja 4

Piękny poranek wywołał jednakowoż wodospad endorfin, który miał mi towarzyszyć właściwie niemal do końca dnia, tudzież do łąk przed miejscowością Liw - to był cel, który musiałem osiągnąć aby jechać dalej. Tymczasem Ciechanów przywitał mnie pięknym słońcem, przyjemną (jeszcze) temperaturą i jeszcze piękniejszymi widokami budzącego się do życia Mazowsza. Nie byłem sam – obok mnie niebawem pojawił się jeden z uczestników, z którym udało się zamienić kilka słów, zjeść pożywne drugie śniadanie pod sklepem. Po piachach z dnia poprzedniego nie było śladu – za Ciechanowem czekała na kolarzy dłuuuugaśna prosta – zirka 20km będzie. To był właściwie przedsmak dalszych przygód. Celem drugorzędnym była miejscowość Różan, którą udało się osiągnąć z całkiem niezłym czasem. Tu ogromne podziękowania dla Ochotniczej Straży Pożarnej – Pan strażak obdarował mnie butelką wody i napełnił bidony, które świeciły pustynną pustką.

W Różanie zrobiłem ciut dłuższy postój połączony z lekką biesiadą i szybkim serwisem roweru. Ultrasi wypoczywający na rynku, poradzili, żeby dobrze cisnąć do Liwu, bo zapowiadane jest załamanie pogody. Rzeczywiście, komórkowa apka wskazywała konkretny opad, choć nadal prażyło słońce. Co więcej, ci sami wyjadacze dobrze radzili, aby uzbroić się w dodatkową wodę, bo przede mną aż do trasy S7 będą już tylko lasy. Chyba nie chciałem w to wierzyć, uznając, że na Mazowszu brak sklepów we wsi jest czymś nienaturalnym. No niestety, srogo się pomyliłem, tym bardziej, iż ponownie spora część leśnych ścieżek to były trudno lub najzwyczajniej nieprzejezdne piachy.

Częste „sięganie po butelkę” skończyło się jazdą na oparach, tym bardziej, że słoneczko mocno i równo przypiekało. „Królestwo za wodę i colę” – z tym hasłem rzuciłem się do nóg gospodarza we wsi, która kończyła leśne zmagania. Wodę dostałem, po kolę musiałem udać się do sklepu tuż przy samej trasie ekspresowej. Czuję, że tego dnia, sklep ten był wybawieniem dla wielu uczestników Mazowieckiego Gravela.

Można powiedzieć, że w tym miejscu to już zaczęła się sielanka, choć takie określenie pewnie będzie sporym nadużyciem. W każdym razie pojawiły się ukochane szutry i asfalty. Banan nie schodził z twarzy….do czasu…Tuż przed Węgrowem nastąpiło załamanie pogody. Do Liwu, dzisiejszego celu podróży zostało już tylko kilkanaście kilometrów. Kilkanaście cholernych kilometrów przez przesiąknięte wodą łąki i błotniste ścieżki. Z deszczu pod rynnę….

Mazowiecki Gravel Relacja 6

Moje morale spadło niemal do zera, które osiągnąłem brodząc po kostki w błocie ostatnie 200m przed zamkiem w Liwie. Ultra przegrywa się przede wszystkim głową. Tak miało być i ze mną, ale czysty przypadek sprawił, że jednak nie. Otóż szwagier zaoferował się przed startem, że mnie zgarnie w razie czego – w czarną godzinę. Podczas rozmowy telefonicznej spod sklepu Dino okazało się jednak, że Piotr wolał mi za wszelką cenę pomóc. A ja chyba byłem zbyt zmęczony, rozżalony ale tez niepewny, skoro nie potrafiłem wprost wydusić z siebie „Szwagrze, zabieraj mnie stąd”. Chwilę po pierwszej rozmowie, Piotrek zadzwonił i zapytał, dlaczego nie przejechałem przez punkt kontrolny w zamku Liw, który jest ode mnie jakieś 400m. „- Jaki punkt do cholery, przecież tam są znowu kurewskie łąki!?” Piotr na to krótko: Wsiadaj na rower i chociaż zalicz ten punkt!".

Zły, przemoczony i zrezygnowany odpowiedziałem…”No dobraaa, jadę! Rzeczywiście chwilę później ukazał się zamek Liw a pod nim podzamkowy wyszynk. Widzę, że stoją dwa rowery. Pytam się gospodyni tego przybytku rozkoszy: „O Pani nadobna, a zali wżdy jest ci tu punkt kontrolny ultramaratonu Mazowiecki Gravel”? Pani popatrzyła na mnie dziwnie i odpowiedziała…. „No wie Pan, dziś dużo kolarzy było u nas”….Ta dam. Kurtyna!

Niezrażony tą odpowiedzią zadałem drugie najważniejsze pytanie tego dnia: „Czy Pani orientuje się, kto ma wolne kwatery w okolicy? Pani gospodyni odpowiedziała: „No my mamy wolne pokoje na górze…” Szczęka opadła mi do samej ziemi. „Kochana ty moja, kwiecie mój, to ja biorę od razu, niech mnie Pani wpuści. Nawet rower i siebie umyję pod rynną, co by pokoju nie zbrukać swą osobą, byle bym mógł tu zostać”. „-35 PLNów się należy mości rycerzu”

Dwa razy nie trzeba mnie pytać. Obcałowawszy moją wybawczynię, zmyłem błoto z roweru i z siebie, co by brodzika nie zapchać. Po godzinie byłem czysty i w suchy ciuchach odłożonych na tę właśnie okazję 😊.

Mazowiecki Gravel Relacja 11

Po kolejnej chwili na stół wjechało pieczyste – schabowy z frytami i surówką okraszony chmielem. W takich okolicznościach jakby wjechała odgrzewana podeszwa z majonezem, smakowałaby jak najlepsze trufle. W trakcie oczekiwania na gorącą strawę, zaroiło się od przemokniętych kolarzy. Nie dość, że nadciągał wieczór to zanosiło się na dłuuuugiii i obfity opad.

Możliwość przespania się w ludzkich warunkach okazała się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu odzyskałem wiarę, że uda się skończyć mazowieckie wyzwanie. Z tą historią wiąże się kolejna anegdota – otóż dostałem pokój dwuosobowy jako ten farciarz. Tuż koło 23-tej, nasza gospodyni zapukała do drzwi i kulturalnie spytała, czy byłbym gotów na towarzystwo, ponieważ co raz więcej osób zjeżdża do jej gospody i gwałtownie kończą się zasoby przestrzenne. Odpowiedź mogła być tylko jedna – „Oczywiście!”.

To był jeden z takich niesamowitych momentów Mazowieckiego Gravela – coś co raczej doświadczają ludzie jadący z tyłu niż czub wyścigu (ci drudzy są już przeważnie na mecie). Pogoda jednoczy ludzi, tak jak jednoczy ich walka z przeciwnościami na trasie. Obawiam się, że sobotni wieczór zebrał też konkretne żniwo wśród tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja, lub po prostu odmówiła im psychika – a możecie mi wierzyć, że miała pełne prawo odmówić.

Cała nasza ekipa, wspólnie obudziła się tuż po 3 w nocy – deszcz już nie padał od co najmniej godziny. Szybki przepak, doprowadzenie siebie i roweru do stanu używalności i ruszam na ostatni 140km odcinek. Paradoksalnie ulewa pomogła – piaszczyste dukty stały się przejezdne, a ziemia zdążyła już wchłonąć znaczną ilość wody. Niedaleko za Liwem na ultramaratończyków czekała pierwsza atrakcja – przeprawa przez rozlewisko, głębokie do kolan. Większość zdejmowała obuwie i przeprowadzała sprzęt, zaś ja na przekór wszystkim i sobie przejechałem przez bajoro uznając, że buty wyschną w ciągu dnia. Nie wyschły.... :)

Mazowiecki Gravel Relacja 3

Mazowiecki Gravel, to nie tylko niesamowite krajobrazy, ale przede wszystkim klimat tworzony przez uczestników jak również....lokalną społeczność. Takim idealnym wręcz przykładem niech będzie poniższa krótka historia. Na jednym z szutrowych odcinków, tu poprzecinanym przez ogromne kałuże widzę przed sobą mężczyznę, który podobnie jak jak ja halsuje od jednej kałuży do drugiej, z ta różnicą, iż ja próbuję je omijać, on zaś uparcie wpada do niemal każdej. Stan ubioru, w tym jeden trzewik w ręku dobitnie dają do zrozumienia, że miniona noc była okrutna nie tylko dla nas Ultrasów. Ostatecznie jegomość mijając mnie, wywraca się po raz kolejny do sporego błotnego bajorka. „Wszystko z Panem w porządku” – zagaduję rozmowę. „ Tak kur…wa, w po-rząd-ku, a coooooo?.

Pojechałem dalej. Odliczałem każdy kolejny kilometr, który przybliżał mnie do mety. Gdzieś po drodze minąłem Jeruzal, gdzie jeszcze dzień wcześniej był punkt kontrolny. Leśne ścieżki ustąpiły miejsca urokliwym szutrom i asfaltom. Musicie wiedzieć, że nasz bardzo wczesny wyjazd z Liwu nie był przypadkowy – gwarantował kilkugodzinne okno pogodowe. Zamknęło się ono około 08:00, gdy ponownie zaczęło padać, choć tym razem nie tak obficie jak w sobotę.

Moje morale nieco podupadło, ale właśnie w takich chwilach niemocy dzieją się cuda. W moim przypadku było to hasło „Dasz radę”, odręcznie wypisane na kawałku dykty i postawione tuż przy samej ścieżce. Od razu siły wstępują w zmęczone nogi. Tuż przed przeprawą w Górze Kalwarii miał miejsce kolejny – na jednym ze skrzyżowań stał samochód z hasłem Mazowiecki Gravel. Jego kierowca wraz z małżonką całkowicie z potrzeby serca oferowali uczestnikom ciepłą kawę lub herbatę oraz czekoladowe węglowodany. Pan nie mógł wystartować z osobistych powodów, to chociaż postanowił pomóc Nam, startującym.

Niemałym wyzwaniem okazał się przejazd przez most w Górze Kalwarii, pod który trzeba było najpierw podejść. Schody strome jak ściana, a załadowany rower dodatkowo mało poręczny, ale udało się! Chwilę później byłem już po drugiej stronie rzeki i cisnąłem wałem. Wiatr wiał w plecy, a do mety pozostało zirka 30km. To się musi udać! Podjazd pod zamek w Czersku okazał się bułką z masłem, choć zjedzoną wyjątkowo powoli 😊. Następnym daniem zaserwowanym przez orga były łąki i ścieżki między mazowieckimi sadami. Pewnym wyjątkiem od reguły okazał się fragment na szybko przygotowanej ścieżki wzdłuż wału. Choć po jednej stronie biegła wygodna gruntówka, to jednak kazano nam przedzierać się przez świeżo wycięte lub udeptane krzaczory. Miodzio – na sam koniec.

Mazowiecki Gravel Relacja 2

Pamiętam jeszcze karkołomny zjazd na około 20km przed metą, a potem…potem to już była asfaltowa sielanka. No prawie sielanka, bowiem zmęczone nogi musiały wykrzesać z siebie dodatkową moc na pokonanie kilku niewielkich, ale nadal podjazdów. W końcu jednak minąłem znak „Warka” i paręnaście minut później pędziłem już do mety zlokalizowanej na kempingu nad Pilicą. Tuż przed podjechał do mnie „filmowiec”, który kamerował prawdopodobnie każdego śmiałka kończącego mazowieckie gravelowe wyzwanie. Odbyliśmy krótki wywiad środowiskowy i w końcu wpadłem „na kreskę”

Ujechany, umordowany, ale szczęśliwy jak rzadko…UDAŁO SIĘ! Pokonałem swoje demony udowadniając sobie, ze jeszcze nie jestem taki zdziadziały. Na szyi zawisł okolicznościowy medal, a nagrodą dodatkową było kraftowe piwo – edycja Mazowiecki Gravel,z lokalnego wareckiego browaru. Łzy szczęścia potoczyły się strumieniem, gdy chwilę później spotkała mnie kolejna niespodzianka – przyjechała moja małżowina, bez wsparcia której nie dałbym rady ukończyć tego wyzwania, baaaa, nawet w nim wystartować! Nie byłem ostatni, za mną było jeszcze kilkadziesiąt osób na trasie. Mój wynik uważam za bardzo dobry – ale nie on tu się przecież liczy.

Mazowiecki Gravel Relacja 10

To ja może podsumuję, krótko i po żołniersku bo mnie zlinczują ci, co dotrwali do końca tej relacji…528km przejechanych w dwa i pół dnia. Hektolitry wody i dużo zjedzonych batoników energetycznych 😊. Kilka kryzysów, ale generalnie przeogromny banan nieschodzący z buziaka. Czego bym sobie winszował w przyszłości – jeszcze więcej szutrów i naturalnie znacznie mniej piachu.. Mazowiecki Gravel został (prawie) oficjalnie przemianowany przez jego uczestników na Mazowiecki Piacher. Jak Was zachęcić do udziału w przyszłym roku? Może tym, że jest to przepiękne Mazowsze, gdzie wszędzie jest blisko 😉. Niemniej na koniec dnia to ludzie tworzą tą historię i tąką imprezę. Mazowiecki Gravel został dodany do "ulubionych"  - myślę, że trzeba będzie powtórzyć to wyzwanie w przyszłym roku!

P.S Pewnie zastanawiacie się, dlaczego tak mało zdjęć....No cóż....ten tego...wstyd się przyznać, ale niestety szlag trafił kartę pamięci, na której wszystko się zapisywało. Niesmak sponsorów i gniew prezesa będzie mi pewnie towarzyszył do przyszłego roku. Wybaczcie - shit happens!

MOCKUP LOGO 04

 Tagi Gravel, ultramaratony rowerowe, maraton gravelowy, jaki rower na ultramaraton, Mazowiecki Gravel, relacja z imprezy